Introwertyk - świr czy zwykły nudziarz?

Poznaj 50 introwertycznych faktów o mnie i przekonaj się sam.

Krwiściąg lekarski czyli...

... opowieść o tym, jak odsyfiałam twarz naturalnymi metodami.

Odstawić gluten i przeżyć - 13 kroków

Dość smęcenia o tym, jak to trudno żyć bez chlebka!

Dopalacze dla mózgu

Jak podkręcać obroty, by miało to ręcę, nogi i... mózg.

Mężczyzno, znalazłeś się tutaj niezupełnie przypadkiem?

O męskiej, niedoskonałej cerze poczytasz tutaj. Bez ściemy.

środa, 12 listopada 2014

Co może dać facetowi właściwa pielęgnacja twarzy

Faceci... Kosmetyczny temat-rzeka, wieczna kopalnia narzekania ich partnerek i strachów uważających się za ofiary mężczyzn. Wiadomo, nie ma nic groźniejszego od dobrze dobranego męskiego kosmetyku - delikwent może jeszcze poczuć się zbyt przystojny i pewny siebie, a partnerkę zmienić na lepszy model. Nie, żeby mi się to przydarzyło...



Poza takimi historiami jak ta, brata mojej koleżanki, który nie mył twarzy i dziwił się, że ma trądzik (wraz z regularnym stosowaniem mydła problemy minęły), zdarzają się może mniej drastyczne, ale wynikające z równie głupiego postępowania. Dzisiaj poobgadujemy mojego Właściciela.

Cuda, pani!


Odkąd się wyprowadziliśmy, wprowadzam w domu reżim polegający na przymuszaniu chłopa do mycia twarzy wieczorem. Nie rozumiem tego mitu pokutującego wśród samców, którzy uważają, że nie nosząc makijażu, nie mają nic do roboty. Zresztą, to samo dotyczy porannych ablucji. Kupiłam Właścicielowi jego własne mydło Aleppo z różową glinką, żeby się cieszył, że zostało dobrane specjalnie dla niego. Może pamiętacie jego przeboje z cerą naczynkową... Nie umiem ocenić, jaki czas upłynął do zauważenia pierwszych efektów (2 tygodnie?), ale widocznie pory się zwęziły i dużo mniejszy problem jest z wypryskami, nawet tymi po goleniu.

Chłop chodzi po domu i wysławia swą damę pod niebiosa. W obawie o jego chłodny racjonalizm staram się tłumaczyć, że to nie cuda, a kwestia różnych procesów...



Pewnego ranka obudziłam się obok innego mężczyzny


Tak było, przysięgam! Przebudziłam się kilka dni temu, spojrzałam na osobnika leżącego obok, spodziewając się ujrzeć znajomą twarz z rumieńcami i prawie krzyknęłam. Rysy się zgadzały, więc po przebudzeniu delikwenta ustaliłam dla formalności dane osobowe i z ulgą zaczęłam analizować zmianę, która zaszła na jego licu. Okazało się, że mój Właściciel - gdy to piszę, mam łzy wzruszenia w oczach - z własnej woli wziął wieczorem mój olejek z Khadi i nałożył go na twarz! Byłam tak zachwycona i dumna, że nawet nie przejęłam się, że teraz tempo jego zużywania się potroi! Nie pomyślałam nawet, żeby go do tego namawiać (zapewne z wrodzonej chciwości). Efekty są świetne: wszystkie podrażnienia goją się dużo szybciej, rumieńce są wyciszone, stan cery naprawdę jest dużo lepszy. Coś czuję, że mogłabym zakochać się na nowo, muszę to przemyśleć.


Co dalej?


Teraz trzeba tylko uważać, żeby nie zabić zapału raptownymi ruchami. Chciałabym nauczyć Właściciela jeszcze używania glinek - ma swoje pudełeczko czerwonej, które okrasza zawsze zarzutami wobec mnie: to jasne, nie dopilnowałam! O stosowaniu kwasów nawet nie wspominam, na pewno jednak pokuszę się jeszcze o jakiś kosmetyk do cery naczynkowej i coś w stylu hydrolatu z kwiatu kasztanowca albo oczaru. To wszystko jednak stopniowo, żeby jego umysł mógł nadążyć za zmianami fizjonomii. Nie potrzeba mu przecież drugiego okresu dojrzewania...

Jestem ciekawa, jakie utrapienia macie ze swoimi domownikami, niekoniecznie tymi płci męskiej.

piątek, 7 listopada 2014

Zapuszczanie naturalek: kiedy nic innego nie da się zrobić

Rok 2014 mogłabym swobodnie okrzyknąć rokiem zapuszczania odrostów w blogosferze i nie byłoby tutaj grama przesady. Wiodące włosowe blogerki dają przykład, zapuszczając naturalki albo zmieniając kolor włosów na jaśniejszy. Chciałabym Wam pokazać, jak to idzie mnie w tym drugim przypadku, czyli kiedy nic, poza zniszczeniem włosów dekoloryzacją, nam już nie pozostaje. Trzeba zapuszczać - hasło, które wryłam sobie w głowę w styczniu i którego trzymam się do teraz.

Pierwszy raz z czerwienią :) chwyciły tylko odrosty!


Czerwonawy połysk na długości - rzeczywiście włosy były czarne.


Najwytrwalsi może pamiętają, jak uznałam, że po zimie moja starannie pielęgnowana czerń zaczęła mnie przytłaczać. Uznałam, że wyglądam na starą i zmęczoną matkę piątki dzieci i trzeba jakoś temu zaradzić. Suszyłam głowę kochanej Dorocie, która cierpliwie tłumaczyła, aż zrozumiałam, że poza dekoloryzacją mam do wyboru jeszcze czekanie, aż włosy odrosną. Pokażę Wam dziś, jak to szło.

Zanim jednak pójdziecie dalej, zerknijcie do postu Doroty z Włosowelove, która rozwiewa wszelkie wątpliwości nt. ściągania czerni i rozjaśniania jej.

W styczniu udało mi się lekko ściągnąć ostatnie farbowanie indygo z odrostów przy pomocy miodu, wody utlenionej i płukanek ziołowych. Cudów nie było, ale zarobiłam spory kawałek odrostów na starcie. Zerknijcie wyżej.

LUTY. Tutaj dobrze widać, ile odrostów udało mi się zarobić na starcie +- 1,5 cm.


Chyba w okolicach marca posunęłam się do skorzystania z farby chemicznej. Czy miało to sens? Kolejne czerwone henny lepiej wdzierały się we włosy, czerwień była bardziej intensywna, a różnica między odrostem a czarną długością się rozmyła. Ucierpiały za to stare, farbowane końcówki, które się porozdwajały i we wrześniu skróciłam włosy o 10 cm.

MARZEC. Złoty brąz z Color&soin położony na całą długość i odrosty.

Co miesiąc dokładałam więcej czerwieni henną z amlą i jatrophą od Khadi, czasem wzmacniając ją heenarą. Dobrym pomysłem jest nałożenie na odrosty miodu z wodą utlenioną i jakąś odżywką, dzięki czemu kolor będzie bardziej intensywny i jaśniejszy. Trzeba pamiętać, że henna sama w sobie nie rozjaśnia włosów i od naszego naturalnego koloru zależy, co wyjdzie.

KWIECIEŃ. Oczywiście efekt najbardziej widoczny jest na skroniach.
MAJ. Czas, kiedy ciągle ktoś pytał mnie, czy coś robiłam z włosami. Zależnie od światła wyglądają inaczej, od niebieskich refleksów na długości w cieniu po pełną czerwień w słońcu.
LIPIEC. Nierozczesane :)

LIPIEC
SIERPIEŃ. W pełnym słońcu.
WRZESIEŃ. Niewyraźne, ale widać efekt.

WRZESIEŃ. Tego samego dnia, inne oświetlenie.

WRZESIEŃ


Ostatnie hennowanie miało miejsce wczoraj. Czerwone włosy okalają już moją twarz i nieźle komponują się z czarną częścią. Przyznam, że jestem zadowolona z efektów i słyszę coraz więcej komplementów od ludzi zdziwionych, że odrosty mogą wyglądać tak dobrze.

DZISIAJ. Zdjęcie może niezbyt dobrej jakości, ale o dziwo nieźle oddaje kolor. Zobaczcie, jak nisko już sięga :)


Jak tam u Was? Zapuszczacie naturalki, farbowańce czy jeszcze coś innego? A może farbujecie i macie to gdzieś? :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Bezglutenowe czyli syfiaste?

Tak, tak, dawno nie było na blogu hejtu na gluten! Dzisiaj jednak nie będziemy dojeżdżać skurczybyka, ale popastwimy się sami nad sobą. Bezgluty, nasrajmy dziś we własne gniazdo!

Profesjonalna ilustracja od drogiego fotografa


Wiele jest osób przechodzących na dietę bezglutenową, które od pierwszych informacji o niej podniecają się jak świnia z huczką i lecą-pędzą po chlebek, makarony i kasze bez wroga numer 1. Wszystko pięknie, jeśli nawet odstawiasz jedynie pszenicę, dla zdrowia i zrzucenia brzucha, ale pamiętaj, że podstępni producenci świnie podłożyli już wszędzie. Nieważne, jakiej diety się podejmujemy, powinniśmy przestrzegać najważniejszej zasady.

NIC, CO MA SKŁAD DŁUŻSZY OD MOJEJ ODŻYWKI DO WŁOSÓW, NIE MA PRAWA PRZEJŚĆ PRZEZ MÓJ PRZEŁYK.


A niestety gotowych bezglutenowych wypieków to dotyczy. Nawet Król Bezglutów, William Davies, o tym pisał - czego by mu nie zarzucać, to miał facet rację. Poza tym, że odrażają one już najczęściej zapachem, a smakiem w szczególności, naszpikowane są przeróżnymi substancjami, które mają sprawić, że wszystko będzie trzymać się kupy i jakoś wyglądać.

Gluten nie jest największym potworem, jaki można znaleźć w chlebie - dla mnie na przykład po kilku dniach żarcia bułek najbardziej uciążliwy jest skaczący cukier. Jakiś czas zajmuje mi doprowadzenie się do porządku i opanowanie obsesyjnych myśli o jedzeniu co kilka minut. Tuczyć się tym razem bezglutenowymi ciastkami i bułkami? Już lepiej robić to pszennymi. Przynajmniej są smaczniejsze i tańsze, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że zdrowsze (przydałyby się jakieś testy na prozdrowotność pączków...).

Co o tym myślicie? Jest sens przechodzić na dietę bezglutenową, jeśli niewiele ma to zmienić w kwestii złych nawyków? Co myślicie o bezglutenowej modzie? Dla mnie jedyną słuszną wersją było wyrzucenie z miski śmieci i wprowadzenie zasady, że żywność, którą zjadam, nie powinna daleko odejść od źródła. Zaraz ktoś wyskoczy z gadką, że i tak jemy trucizny, bo chemizacja rolnictwa, blablabla... No i? To znaczy, że mam pić domestosa i zagryzać brukiem i też będzie dobrze? Moim zdaniem zasada jak najprościej sprawdza się w każdej życiowej sytuacji. Tej prowadzącej z języka do odbytnicy również.