Introwertyk - świr czy zwykły nudziarz?

Poznaj 50 introwertycznych faktów o mnie i przekonaj się sam.

Krwiściąg lekarski czyli...

... opowieść o tym, jak odsyfiałam twarz naturalnymi metodami.

Odstawić gluten i przeżyć - 13 kroków

Dość smęcenia o tym, jak to trudno żyć bez chlebka!

Dopalacze dla mózgu

Jak podkręcać obroty, by miało to ręcę, nogi i... mózg.

Mężczyzno, znalazłeś się tutaj niezupełnie przypadkiem?

O męskiej, niedoskonałej cerze poczytasz tutaj. Bez ściemy.

środa, 22 października 2014

Smutno ci? Idź na trening! (a potem na sznur)

Czytelniczki blogów fitnessowych na pewno znają złotą receptę na szczęście. Aktywność, zdrowa dieta, akceptacja siebie, dużo uśmiechu, jeszcze więcej owoców i warzyw, ryb, kwasów omega... Jeśli tylko którejś z nas pogarsza się samopoczucie, nieodmiennie słyszy: idź na trening, zjedz coś zdrowego, znajdź swój cel. I wiecie co? Okazuje się, że to straszne, nieraz krzywdzące, pieprzenie.



W księgarniach, na półkach oznaczonych hasłem "psychologia" można znaleźć różne cuda - nawet te dosłowne. Istnieją tysiące książek, w których podana jest recepta na lepsze, satysfakcjonujące życie. Większość z nich to natchnione głupoty, wypisywane chyba tylko dla kasy, bo czasem aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek wierzy w takie brednie. Znajdują się oczywiście ludzie osłabieni, idący za ciosem i przyjmujący każdą, nawet wątpliwej jakości pomoc, a potem stają się jeszcze bardziej pokręceni, niż byli. W kwestii leczenia depresji, poza całkiem porządnymi pozycjami sławiącymi psychoterapię, znaleźć można choćby książkę lekarza, dającą te same rady, jakie usłyszymy od każdej, początkującej lub nie, aktywnej dziewczyny.

Rady te są równie dobre, jak i złe.

Dlaczego dobre?
W życiu osób, które nie korzystają z dobrodziejstw diety i sportu, mogą wiele zmienić na lepsze, zaprowadzając nowy, zdrowy porządek na resztę życia. Może okazać się, że trening będzie niczym terapia i zupełnie skutecznie postawi na nogi przygnębionego delikwenta.

Dlaczego złe?
Zanim udzielicie komukolwiek takiej rady, przyjrzyjcie się tej osobie. Jeśli uprawia ona sport, dobrze się odżywia, a i tak najlepsze, co o sobie myśli, to, że przypomina dziś kupę trochę mniej rzadką niż zwykle, ale poza tym jest beznadziejna i do niczego, to chyba jej nie pomożecie.


Przyszło mi to wszystko na myśl podczas czytania wywiadu z Justyną Kowalczyk. Czy ona nie jest dla nas autorytetem? Inteligentna, odnosząca wielkie sukcesy, piękna dziewczyna. Jej ciało dla mnie to niedościgniony (póki co!) wzór, a życie wydawać by się mogło bajką. Osobowość też godna pozazdroszczenia - utrzymanie motywacji na tak wysokim poziomie przez tyle lat, aż do mistrzostwa olimpijskiego to niebywały wyczyn. Co jednak, jeśli na tym krysztale pojawia się rysa? Powiedzieć jej, żeby zaczęła ćwiczyć z Ewą i jeść więcej ryb?



Historia naszej mistrzyni pokazuje nam, że złote środki nie działają na wszystkich. Może być tak, że po okresie regularnej treningowej euforii przyjdzie spadek. Potem następny i następny, aż do zapętlenia, w którym radości próżno będzie szukać. Trudno jest się podnieść z tego, zwłaszcza, gdy wsparcie bywa tylko pozorne. Z jednej strony słyszy się "wymyślasz sobie problemy, daj spokój, weź się do roboty", a z drugiej "możesz więcej niż podpowiada ci twój umysł, zrób to dla siebie". Zdarza się, że obie te frakcje brzmią napastliwie i potrafią doprowadzić do łez. W sercu listopad, a w głowie gnój. NLP, autosugestia, fitspiracje, hipnoza, New Age, buddyzm, medytacja i Chrystus - wszystko to może zgwałcić psychikę człowieka w depresji równie mocno. Dlatego apeluję do Was o wysilenie się, kiedy ktoś prosi o pomoc i zgłębienie problemu, żeby nie przyczyniać się do wywoływania w kimś jeszcze większego poczucia winy. Może zamiast rozmowy bardziej pomoże wizyta u lekarza?

Tak tylko sugeruję.

poniedziałek, 20 października 2014

Paryżanką być czyli cały ten bullshit

Zauważyliście na pewno to w księgarniach. Co jakiś czas pojawia się kolejna pozycja z chwytliwym słowem w tytule, której zawartość wpędza nas w kompleksy, że my, biedne Polki, tak nie umiemy. Doradzają, pokazują zdjęcia-wzory, nakazującym wręcz tonem oznajmiają, co powinnyśmy robić, by sprawiać wrażenie, że choć stałyśmy obok ideału. Dorzucają kolejną cegłę na plecy wszystkim tym, które gonią za ideałem, by było jeszcze trudniej. Dlaczego nagle wszyscy uznali, że najfajniej jest na Paryżankę?



Nie było to na pewno bezpodstawne posunięcie - Francuzki mają w sobie charakterystyczny urok. Naturalnie nie wszystkie, bo przekrój rozmaitości jest tam większy niż u nas, ale łatwo można wyłuskać, o co cała afera (szczególnie, jeśli na rynku mamy już co najmniej 3 książki z mieszkanką Paryża w tytule, które zdołały nam nakreślić, czego szukać). Dla potrzeb tekstu (i potrzeb tych, którzy nie ślinili się nigdy do Alizee) spróbujmy poszukać clou stylu Paryżanki.

Na pewno jest to kobieta elegancka, ale szczególnie w sytuacjach, które tego wymagają. W ciągu dnia, w pracy, w szkole, na shoppingu (celowo nie: na zakupach, to tak mało stylowe!), zawsze przemyca gdzieś nutkę elegancji i to nieraz takiej prawdziwej, która podobno zaczyna się od 10 tysięcy (kto oglądał "Uwikłanie", ten wie). Na ogół przeważa prostota, kolory to biel, czerń, beż, czerwień i granat, a jeśli już dochodzi do naruszenia tych złotych zasad, to szaleństwo przejawia się w dodatkach do prostego, nieformalnego żakietu. Paryżanka nigdy nie przesadza, jest zawsze w formie, ładnie i stosownie pachnie, a paznokcie i usta pociąga nieśmiertelną czerwienią. Tak, jestem pewna, że gdyby ekshumować największe paryskie elegantki, ich usta wciąż byłyby szkarłatne, być może od picia krwi, ale jednak. Młodsze Paryżanki (tak do pięćdziesiątki-sześćdziesiątki) robią wszystko, by wyglądać świeżo i młodo, noszą dziewczęce, klasyczne fryzury, a kobiety po 40. mają długie, zadbane włosy w naturalnych kolorach. Tak, naturalność, dziewczęcość, klasa i szyk to cztery słowa, po których można spodziewać się jednej konkluzji: właśnie spotkałeś autentyczną Francuzkę. Nawet, jeśli ma osiemdziesiąt lat, jest elegancka i nie ubiera się w worek po zwłokach własnego męża, jak lubią czynić nasze lokalne patriotki (swoją drogą: poznać Polkę w sile wieku w Paryżu to nic trudnego, nie chcę być złośliwa, sprawdźcie sami).

W powyższym akapicie ujęłam mniej-więcej to, czego dowiecie się z książek z Paryżanką w tytule. Szybki rekonesans w księgarniach pozwala ocenić mi, że dzięki temu zaoszczędzicie około 200 zł, jak nie więcej, jeśli odpuścicie sobie kupowanie takiej literatury. Możecie te pieniądze w podzięce przelać mi na konto, ale jeśli jeszcze na tyle mnie nie lubicie, to wymyśliłam alternatywne rozwiązanie. 200 zł to mniej-więcej tyle, ile może kosztować samolot do Paryża, jeśli zabukujecie go z odpowiednim wyprzedzeniem. Do tego czasu trzeba będzie nazbierać jeszcze kupę kasy, którą będzie można (a nawet trzeba!) przebalować w stolicy miłości. Mimo wszystko jednak jedźcie tam i nauczcie się w praktyce, o co chodzi z tymi Paryżankami - ale nie bierzcie chłopów! Niech tylko przyjaciółki będą świadkami upadku i odrodzenia, jeśli takowe nastąpi. Obiecuję, że po powrocie zechcecie z grafomanii przedsiębiorczych autorek zrobić sobie rolkę srajtaśmy - za wyjątkiem książki Ines de la Fressange. Kredowy papier drapie skórę.

PS Po powrocie czeka na Was przykra (?) niespodzianka. Nawet, jeśli kupicie parę nowych łachów, to żal będzie wyrzucić stare. I nic się prawdopodobnie nie zmieni. Tylko wspomnienia zostaną, a z czasem przyjdzie mądrość, że nie było sensu tak gonić za cudzymi standardami :)

PPS Dla potrzebujących dodatkowego wyjaśnienia, czym jest fenomen Francuzek: wyszukajcie w grafice Google następujące nazwiska: Alizee, Nine de la Fressange, Juliette Binoche, Audrey Tautou, Sophie Marceau.

czwartek, 9 października 2014

Paryż sraryż czyli jak pod przymusem wywieziono mnie i kazano zwiedzać (PIERDYLIARD ZDJĘĆ!)

Paryż. Stolica Europy, miłości, namiętności, romantyków. Francuzów, Murzynów, Polaków, Azjatów. Nie dla introwertyków. Paryż wziął mnie gwałtem i zgwałconą wypluł, właściwie to wciąż nie mogę sobie poukładać w głowie, co się tam wydarzyło.



Zapewne zdajecie sobie sprawę z tego, że możliwość wyjazdu do Paryża jest dla każdego normalnego człowieka darem niebios. Sami pomyślcie, jaka byłaby Wasza reakcja, gdyby ktoś przyszedł i powiedział "masz bilet, masz nocleg, masz wyżywienie, jedź". Cóż, moja była odmienna. Miałam w wakacje tyle na głowie, ciągle jakieś wyjazdy, przeprowadzka, cały ten łomot nie dał mi szansy nawet się zaaklimatyzować w nowym domu. Ani chwili na wyciszenie, pozbieranie myśli, więc kiedy pakowałam torbę na wyjazd, w najlepszym razie racjonalizowałam korzyści z niego. Emocjonalnie... zostałabym w domu. I pewnie potem bym żałowała.

Dla higieny psychicznej lepiej byłoby jednak zostać, bo okazało się, że Paryż dał mi w mordę już pierwszego dnia, gdy 14-godzinnej podróży moja energiczna cioteczka zaproponowała wyjazd na targowisko w Montreuil. Nie mam ani jednego zdjęcia stamtąd ze względu na to, że lepiej było nie brać aparatu. Mógłby nie wrócić. Już po wyjściu z metra okazało się, że wszędzie na chodniku siedzą porozkładani z towarem osobnicy najróżniejszych nacji, z każdej strony ktoś nagabuje niewyraźnym "malboro bleeend", a między tym bałaganem przechadzają się monstrualnych rozmiarów Murzynki w strojach, ekhm, kulturowych - pamiętacie panią Toma z Tom&Jerry? - w chustach śmiesznie przewiązanych na głowach, kolorowych sukienkach i z nieodłącznymi kolbami gotowanej kukurydzy, pozwalającymi im przetrwać z dala od domu bez utraty masy. Na targu panował już większy porządek, ale i tak było bajecznie kolorowo - tylu przepięknych materiałów w jednym miejscu jeszcze nie widziałam. Z każdego straganu, poza tymi z tanimi ciuchami, zwieszały się rozmaite tkaniny w złocone, posrebrzane wzory, bogato zdobione dżetami tak, że brakowało tam jeszcze tylko fajerwerków i syfilisu. Od razu rzuciłyśmy się na chusty, m.in. tę niebieską, którą możecie oglądać na zdjęciach.


Przy placu Inwalidów

Niedzielne "marsze" czyli targ spożywczy


Dzwonnicy spod wieży Eiffla

Wiadukt, pod którym zginęła Diana przy stacji metra Alma-Marceau.


W kolejne dni okazało się, czym naprawdę jest Paryż dla turysty. Trocadero czyli plac, z którego mamy chyba najpiękniejszy widok na wieżę Eiffla, już wróżył nam, czego możemy spodziewać się dalej. Ogrom turystów (podobno i tak było ich już mało) i niemożliwa do ogarnięcia jednym mózgiem ilość i wielkość atrakcji, zabytków trochę mnie przerażały, na szczęście perfekcyjna kuchnia cioci Stefy, alfy i omegi ziołolecznictwa, uratowała mnie od nagłej śmierci z wrażenia. Ciągły strach przed tym, jak wielki będzie obiad, który zmuszona będę zjeść w całości, przyćmiewał nieco wrażenie wywierane przez miasto.

Witraże w Notre Dame



Notre Dame


Szybko dane było nam zrozumieć, że nieco ponad tydzień to za mało, by zobaczyć choć połowę tego, co powinno się obejrzeć w Paryżu. Byłyśmy na Trocadero, pod wieżą Eiffla, na spacerze przy Ecole Militaire i placu Inwalidów, nie wchodząc do tych budynków, by pozwiedzać. Wolałyśmy obejść Ile de la Cite i jej okolice, niż zwiedzać wnętrza wszystkich budynków, bo brakło by nam sił i czasu. Chciałyśmy jedynie chłonąć atmosferę - czy wystarczającym dowodem na nieustający niedoczas będzie fakt, że w żadnej ze słynnych kafejek nie wypiłyśmy ani łyka kawy? Oglądałyśmy je, spacerując obok, w drodze z cmentarza Montmartre przez Moulin Rouge aż do Sacre Coeur. Wszędzie było tak pięknie, że mózg zamykał się na nadmiar bodźców. Pozostało trochę żalu, że nie udało się zobaczyć wnętrza Sante Chapelle i Muzeum Dalego, zostało zdziwienie nad domem Balzaca (ciocia rzekła: to zboczeniec był i hultaj, nie płacił za czynsz, a kiedy komornik przychodził, to uciekał tylnym wyjściem, a lokajowi kazał mówić, że go nie ma w domu. Spał z tymi wszystkimi babami, a one, głupie, cieszyły się, że artysta i że o nich napisze. Tak.). Luwr przebiegłyśmy w jedyne 7 godzin, nie mogąc obejrzeć niestety ani jednego obrazu Vermeera, bo skrzydło Holendrów było zamknięte w ten jeden dzień w tygodniu (zobacz Wenus z Milo, Nike z Samotraki, Monę Lisę i płacz za Vermeerem...). Nogi bolały mnie jak po wysokogórskiej, całodniowej wędrówce, a ochroniarz na wejściu od 99 rue de Rivoli śmiał się, jak mnie widział po raz kolejny - "Again, bella?"

Mamo, patrz, to ten facet z Wrocławia!

#letmetakeaselfie


Niech żyje wolność...

Mamo, błagam, tylko nie patrzmy już na te egipskie wazony...

Mona Lisa z kpiącym uśmieszkiem patrzy na tych wszystkich świrów, którzy przyszli jej się przyjrzeć.

Najki, po prostu.

Napoleon koronuje.

Dziewczyny też były!

Wenus z Milo na spotkaniu z fanami


Jedne z najpiękniejszych spacerów odbyłyśmy po cmentarzach, czego się można było spodziewać. Pere Lachaise odcisnął mi się w głowie i zostanie tam na stałe, już nie potrafię nie patrzeć przez jego pryzmat na nasze rodzime, stare groby. Trudno będzie zachować wysoki poziom podjarania, na szczęście Polska posiada piękną tradycję Święta Zmarłych i całą okołotrupią otoczkę. Tak, przyznaję się, mam szajbę na punkcie grobów, cmentarzy, im starszy, tym lepiej. Zazdroszczę Francuzom tak pięknych, niezniszczonych nekropolii, u nas takie zdarzają się na wschodzie, rodzime polskie, bo te zachodnie, niemieckie obracają się... nie w proch. W śmietniska i krzaczory.

Pere Lachaise


Abelard i Heloiza

Jim Morrison...

... i mega obrzydliwe drzewo oblepione gumami.

Twarzą w twarz...

Chopin...

... i jego bezpośredni sąsiad.



Zielpy w sosie własnym


Taaak, ładujemy energię!




Kilka faktów o Paryżu


  • Metro jest cudowne. Podróż na drugi koniec miasta w maksymalnie 30 minut, czekanie na pociąg to najczęściej minuta-dwie, to coś niewyobrażalnego dla mieszkanki Wrocławia.
  • Apteczne kosmetyki pochodzące z Francji wcale nie są tańsze tam. Z Vichy, Uriage, La Roche Posay tylko wody termalne to naprawdę złoty interes (dwie wielkie flaszki LRP za 40 zł, sasasa).
  • Żadne kosmetyki tam nie są tańsze. Essiaki kosztują prawie 50 zł w przeliczeniu na nasze. Inna sprawa, że zarabiając w tamtejszych stawkach masz lakier za kilkanaście euro i to jest korzyść.
  • Zwiedzanie jest cholernie drogie, chyba że masz mniej niż 26 lat :) Luwr i wszystkie muzea za darmoszkę to jest to!
  • Trzeba uważać na złodziei, ale nie do końca to prawda, że ci biedni Murzyni sprzedający hurtowe ilości małych wieżyczek kradną. Oni nie mają w tym interesu, bo pilnują swojego. Raczej uważałabym na tych, którzy dobiorą się do naszej własności, gdy będziemy oglądać pamiątki albo robić zdjęcia.
  • Paryżanki są piękne. Na ogół. Ten paryski styl, który promuje Ines de la Fressange, Alizee czy Sophie Marceau to prawda, istnieje w rzeczywistości, dla mnie to ogromna inspiracja, zjawisko i lekcja, że nie trzeba wiele, a nawet nie powinno się nosić wiele.
  • Trzeba uważać na kanarów, a raczej zawsze jeździć na biletach i sprawdzać, czy są dobre, bo przed nimi się nie ucieknie tak łatwo jak przed naszymi. Za 50 euro już lepiej kupić za drogich lakierów.
  • Poza sezonem gwarancją wejścia do muzeum czy Notre Dame bez kolejek jest wczesnie stawienie się na miejscu. Inaczej kolejki ciągną się kilometrami.
  • Makaroniki są przepyszne. Są też koszmarnie drogie, ale i tak je kupisz choć raz, a potem następny i następny (o ile nie zapłacisz mandatu w metrze).
  • W zabytkach sakralnych panuje straszny syf. Rzeźby i freski w Notre Dame pokryte są grubą warstwą kurzu. Trudno to zrozumieć Polakom, przyzwyczajonym do tego, że w kościołach są dyżury parafian sprzątających i dekorujących świątynię.
  • Po ubiorze poznasz Polaka. Bardzo chciałam, żeby o mnie tak nie myślano.
  • Porządne zwiedzenie Luwru to dwa miesiące. Jeśli masz w dupie sztukę, starczą Ci dwie godziny. Jeśli nie masz jej w dupie, miotasz się rozpaczliwie przez 7 godzin, próbując zobaczyć wszystko mimo świadomości, że się nie uda.
  • Można wszędzie dojechać metrem, ale po co? Spacerując jak najwięcej można zrozumieć, o co właściwie chodzi w Paryżu.
Montmartre i Moulin Rouge


Montmartre

Czy ktoś wie, co to za gwiazda spod Sacre Coeur? :)

Widok spod Sacre Couer, ciekawi mnie, co to za ogromna świątynia...

Sacre Coeur

Wieża Eiffla z Montmartre, widok z najpopularniejszych pocztówek

Pary młode, wszędzie pary młode!

Statua Wolności ogarnia, co to się dzieje nad Sekwaną

Passy <3


Było więc cudownie: męcząco, aktywnie, z dużą ilością jedzenia. Mój mózg był przeładowany bardziej niż karta pamięci w aparacie. Stopniowo zaczynam sobie to układać, wracać do chwil emocjami i zapachami - znacie to? Każdy jeden zapach mogę wyodrębnić dla jednego wspomnienia. Węchowy wehikuł czasu lawirujący między zapachem targu, pierogów i perfum starej ciotki. Tylko soczystego bąka pochodzenia azjatyckiego w Notre Dame chciałabym usunąć ze swojego twardego dysku.