Introwertyk - świr czy zwykły nudziarz?

Poznaj 50 introwertycznych faktów o mnie i przekonaj się sam.

Krwiściąg lekarski czyli...

... opowieść o tym, jak odsyfiałam twarz naturalnymi metodami.

Odstawić gluten i przeżyć - 13 kroków

Dość smęcenia o tym, jak to trudno żyć bez chlebka!

Dopalacze dla mózgu

Jak podkręcać obroty, by miało to ręcę, nogi i... mózg.

Mężczyzno, znalazłeś się tutaj niezupełnie przypadkiem?

O męskiej, niedoskonałej cerze poczytasz tutaj. Bez ściemy.

czwartek, 30 października 2014

Intro #3: Introwertyk na koncercie

Rzadko kiedy mam okazję chodzić na koncerty czy duże imprezy, ale zawsze staram się oszczędzać moje małe zasoby energii na wyjątkowe wydarzenia. Koncert kameralny Budki Suflera był zdecydowanie tego wart. Kiedy siedziałam już na sali, nagle okazało się, że mam świetne pole do obserwacji świra-introwertyka: samej siebie.


Początek

Tuż przed rozpoczęciem zajęliśmy miejsca i poczułam się rozluźniona. Udało się dotrzeć na czas, nie musiałam już myśleć o niczym, tylko czekać na występ gwiazdy wieczoru. Myśli nie zakłócały mi potrzeby fizjologiczne (siku było), nie denerwowałam się ani nic z tych rzeczy, aż w końcu na scenie pojawił się zespół i zaczął grać. Z pierwszym uderzeniem w struny i perkusję poczułam, że coś się dzieje w środku, w człowieku.

Pierwsza połowa

Oświetlenie widowni zostało przyciemnione, jak w kinie, więc siedziałam sobie z poczuciem bezpieczeństwa, wsłuchując się w kolejne takty. Dużo pięknych dźwięków, klimatyczne światła, coś wspaniałego - tylko jak to przefiltrować? Mój mózg długo szukał odpowiedzi. Na koncercie mimo wszystko wolałabym się nie wzruszać do łez, a gardło ściskało się coraz bardziej, ewidentnie od nadmiaru bodźców. Może nie powinnam się powstrzymywać? Nie wiem, ale nie było to komfortowe.

Druga połowa

Kiedy odczułam w końcu spokój, we znaki dało mi się zmęczenie. Zwyczajne, psychiczne zmęczenie, do zniesienia, bo jednak uczestniczyłam w przyjemnym wydarzeniu. Niemniej zarejestrowałam ten moment przesilenia, wydało mi się ciekawe, że najpierw mózg próbował wszystko przefiltrować, a potem, zrezygnowany, odpuścił. No tak, ułoży się w domu. Nawet relacje ze szkolnych wycieczek byłam w stanie złożyć rodzicom dopiero po kilku godzinach, czasem po kilku dniach. Tuż po zakończeniu na ogół nie mam nic do powiedzenia.

Końcówka

Przypomniał mi się koncert, na który pojechaliśmy pociągiem aż do Lipska, co kosztowało mnie fizycznie wiele (stanie w upale, bieganie po mieście, 1,5 godziny po wejściu na stadion dopiero zaczął się koncert) i moment, kiedy błagałam, żeby wykonawca już nie bisował (bisował, skurczybyk, w nieskończoność...). Dziwne byłoby wygwizdać swojego idola na koncercie, co? Budka Suflera nie przeciągnęła struny i skończyli grać, gdy ja zaczęłam odczuwać uśmiech na twarzy. Chwila, po której uśmiech staje się właściwie przyklejonym na pysku grymasem. W ciszy niemal wracaliśmy do domu.

Nie myślcie, że źle się bawiłam, powyższy tekst to suchy wyciąg z introwertycznego odczuwania bodźców. Chciałabym przeczytać coś podobnego autorstwa ekstrawertyka, obawiam się jednak, że żaden z nich nie miał sposobności tak głęboko wejrzeć w siebie. Czy ktoś z Was potrafi coś podobnego o sobie powiedzieć?

Ach, i okazuje się, że wystarczą 3 piwa, żebym śpiewała, zamiast myśleć o tym wszystkim ^^

poniedziałek, 27 października 2014

Bardzo prosty trening-morderca

Chyba oficjalnie już mogę ogłosić, że wróciłam do treningów. Oznacza to, że chce mi się wyjść na autobus, dojechać na miejsce kaźni i zrobić, co trzeba, a potem wynagrodzić to sobie w saunie. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie właśnie wczorajszy wypad na siłkę, mimo, że byłam już tam kilka razy (no dobra, trzy).

/martwyciag.pl


Co takiego wyjątkowego było we wczorajszym dniu? Ano to, że wyrobiłam się wcześniej (czyli na 11) i pełna dobrych myśli stawiłam się na sali ćwiczeniowej. Znalazłam sobie sztangę, rozgrzałam się porządnie i zaczęłam robić najprostszy trening na świecie.

10 serii po 10 powtórzeń martwego ciągu. I tyle, nie licząc 15 minut wykańczającego marszobiegu na koniec. To wystarczyło, żebym dzisiaj całą sobą czuła, że dałam z siebie wszystko. Wcześniej spinałam się z układaniem sobie ćwiczeń, a wczoraj poczułam, że wystarczy Król Siłowni, Jego Ekscelencja, Martwy Ciąg, by zrównać człowieka z parkietem. I wiecie co, taki trening mam zamiar w najbliższym czasie kontynuować. Uznałam, że MC nie potrzebuje towarzystwa. Lubię eksperymenty na ludziach, więc za jakiś czas porównam, jak prezentuje się moja kondycja w innych ćwiczeniach.

Kiedyś przeczytałam, że jeśli by robić trening składający się tylko z jednego ćwiczenia, to MC jest najlepszym wyborem jako ćwiczenie ogólnorozwojowe. Zresztą zobaczcie sami na rysunku z atlasu, który zamieściłam wyżej. Chcę się przekonać, co mi to da, szczególnie, że fakty są obiecujące. Ćwiczenia wielostawowe pozwalają na największy potreningowy wyrzut hormonów i muszę przyznać, że po treningu dzielonym tak cudownie się nie czułam, jak wczoraj (a dodam, że możliwości mojego dobrego samopoczucia są bardzo ograniczone obecnie).

Jesteście ciekawi wyników takiego eksperymentu? Może sami próbowaliście? Nie narzucam sobie ram czasowych, odpuszczę, kiedy będę miała tego dość.

I właśnie zaświtała mi myśl, że znów może się przydać sztanga w domu... HA! :D

piątek, 24 października 2014

Mity dietetyczne, w które kiedyś wierzyłam

Ludzie lubią legendy, nieważne, czego one dotyczą. Z jakiegoś powodu uwielbiają się oszukiwać, wierzyć w smoki, wróżki i cuda. Niektórzy twierdzą, że im to pomaga, ale istnieje na pewno jedna dziedzina, w której nie ma miejsca na czarodziejskie moce, do cudownych uzdrowień nie dochodzi, natomiast wiara w gusła może narobić szkód, które będą niemożliwe do naprawy. Kto nie padł nigdy ofiarą własnej głupoty, niech pierwszy rzuci kamieniem!

Na miejscu zbrodni

Możecie celować we mnie, bo przyznaję się, że niegdyś wierzyłam, że...


... im mniej zjem, tym więcej schudnę. Klasyk, kto tego nie przerabiał? W gimnazjum potrafiłam zafundować sobie dietę trzydniową na rozkręcenie metabolizmu, która polegała na jedzeniu pięciu posiłków dziennie. Pięciu bardzo małych posiłków typu jedno jajko na podwieczorek, 100 g chudego twarogu na kolację, czy 10 plasterków szynki. Efektów nie było żadnych, jak można było się spodziewać. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, że to nie skończyło się podbiciem masy.

... kotlety sojowe są zdrowsze i bardziej "odchudzające" niż mięsne. To jest chyba największa bzdura, w którą mogłam wierzyć. Żarłyśmy z koleżanką gotowe sojaki, oczywiście panierowane i smażone na dużej ilości tłuszczu (czasy przed popularnością teflonu), żadna z nas od tego nie schudła. Przy czym ja chyba wychodziłam na tym lepiej, bo jej gruszkowa sylwetka cierpiała od ładowania hormonami. Przy okazji porównując kalorycznie: 100 g kotletów sojowy a la schaboszczak to 320 kcal (wg producenta Sante), natomiast 100 g schabu to 174 kcal (www.ilewazy.pl).

... masło to zło. Smaruj margaryną. Jak wielka i krzywdząca jest to głupota, można ocenić już po wglądzie w składy obu produktów. Masło to po prostu masło, natomiast margaryna, poza utwardzanym tłuszczami składa się jeszcze z całego mnóstwa dziwnych substancji. Ok, byłabym hipokrytką, gdybym przekreślała je wszystkie, ale mądrość moja głosi: jedz tylko to, co nie odeszło zbyt daleko od źródła. Margaryny udają się zdecydowanie na zbyt dalekie wędrówki (i smakują świeczkami).

... najzdrowszy jest chudy nabiał. Były takie mroczne dni mojego życia, gdy codzienna dieta składała się z odtłuszczonych kefirów, serków wiejskich, twarogu 0% i jogurtów fit. Ten i powyższy mit wynikał z tego, że pewnego dnia zaczęłam się bardzo źle czuć. Po cyklu badań okazało się, że nie dość, że mam refluks, to jeszcze cholesterol nad granicą normy. Dla dwudziestolatki był to cios w serce... Wtedy zainteresowałam się zdrowym odżywianiem, problem jednak w tym, że podążyłam bardzo złym tokiem myślenia. Cholesterol spadł faktycznie (ze względu na raptowną zmianę trybu życia, bez szczegółów), jakimś cudem długo utrzymywała mi się sylwetka po głodówce i zaliczyłam jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Na szczęście serki 0% nie miały z tym nic wspólnego.

... głodówka może dać szczęście i odchudzić na wieki wieków. Faza na głodówkę zaczęła się w liceum, kiedy koleżanka naczytała się w sieci o jej uzdrawiającej mocy. W wakacje spróbowała sama, wytrzymując 10 dni bez jedzenia. Kilogramy płakały ze śmiechu, kiedy szybko przyszło im wracać na miejsce... Ja nigdy nie poddałam się głodówce z lenistwa i braku silnej woli, za to zdarzyło mi się raz nie jeść niemal niczego przez dwa tygodnie. Powód prozaiczny: zakochałam się i działało na mnie bardzo dużo stresów. Cała ta akcja początkowo mnie zachwyciła, bo miałam świetną sylwetkę, ale później zdarzyła się historia z refluksem i cholesterolem. Resztę już wiecie.

... nieważne, co jesz, ważne są kalorie. Tak, może być nawet snickers. Składniki odżywcze? A co to jest? To chyba tuczy?

... jeśli się odchudzasz, koniecznie musisz jeść dużo owoców. Najlepiej też w postaci jogurtów owocowych. Teraz już wiem, że cukry, że fruktoza, ale w umyśle nastolatki brak tłuszczu = szczęście i sześciopak na brzuchu. Ach, tylko świtało mi coś, że banany są tuczące.

... ziemniaki nadają się tylko jako pasza dla świń. Dziś moja dieta składa się w dużej mierze z ziemniaków, bo jestem bezglutem (uroczo brzmi), ale niegdyś wierzyłam, że nie ma niczego bardziej tuczącego od ziemniorów ze schaboszczakiem. Do dzisiaj moja babcia uważa, że nie jem ziemniaków, mimo, że od 1,5 roku są podstawowym poprawiaczem humoru, szczególnie w postaci frytek.

... smażenie na oliwie jest w porządku. Przynajmniej dzięki temu poznałam olej z oliwek, ale trochę zajęło mi zrozumienie, że moment, kiedy zaczyna dymić na patelni przychodzi zbyt szybko.

... można jeść tylko do godziny 17 lub 18. I to jest prawda, o ile kładziesz się spać o 20. Teraz nie przeszkadza mi wrzucenie czegoś na ruszt przed snem, jeśli zasłużyłam. Trudno czasem wyrobić z treningiem, a zostawić się na głodzie do rana jest ryzykowne. Mogłabym się obudzić bez wnętrzności, które mój żołądek pochłonął z rozpaczy.

... trzeba jeść otręby. Teraz raczej pytam: po cholerę te otręby? Po co jeść śmieci? Nie lepiej nażreć się czegoś na wypasie, co przy okazji ma dużo błonnika? Ludzie, bądźcie szczęśliwi i nie jedzcie trocin!

... dieta Dukana jest spoko i na pewno po niej schudnę. Jestem w trakcie zakładania związku religijnego, wielbiącego moje lenistwo, dzięki któremu nigdy nie poszłam za tą debilną modą i efekty słynnej diety mogę oglądać teraz na przykładach innych biednych ludzi. Kto się dołącza? Hasło przewodnie: lenie mają zawsze święto.

... jaja tuczą i podnoszą cholesterol. Teraz potrafię jeść po 5-6 jaj dziennie i wciąż żyję. Mam nawet teorię spiskową, że cała nagonka na jaja została sprokurowana przez producentów soi. Prawda czy nie, daje do myślenia...

Siadając do pisania tego tekstu poprosiłam o pomoc przyjaciółkę, która przypomniała mi kilka młodzieńczych głupot. Myślałam, że będzie tego mniej, ale jednak byłam głupsza niż mi się zdawało. Ciekawe, co napiszę tutaj za kilka lat... A Wy w co idiotycznego wierzyliście?