sobota, 9 sierpnia 2014

Letnio-wiejskie perypetie pielęgnacyjne

Nie wiem, co przychodzi Wam do głowy, kiedy myślicie o wsi. Dla niektórych jest to sielski dworek, dla innych letniskowy domek o wysokim standardzie, a dla znających alternatywną rzeczywistość bywa to sikanie za stodołą. Pocieszę Was: nie mamy na wsi stodoły. Łazienki też nie.

Za to mamy kuchnię! Kuchnia może być wszędzie (łazienka też!). Tutaj robię sok z czarnej rzodkwi.

Kwestia załatwiania potrzeb najwyższej wagi jest prosta: wychodek, ten zapominany i wyśmiewany przez bardziej ucywilizowanych wynalazek, który niegdyś dawał świetlistą nadzieję na poprawę standardu chłopskiego życia. Co jednak z umyciem się, jeśli nie ma łazienki, a co najważniejsze: co z myciem włosów?

Powinnam tutaj nagrać filmik, żeby udowodnić, że dwie dziewczyny mogą w pół godziny umyć się i ogarnąć do wyjścia, nie mając łazienki i ciepłej wody w kranie. Musicie mi jednak uwierzyć na słowo, bo moja koleżanka raczej nie zgodzi się zagrać roli w tej produkcji. Mogę Wam za to zdradzić, jak sobie radzę z utrzymaniem stanu włosów na poziomie co najmniej takim, jaki można było oglądać przed wakacjami.

Lato to przesusz za przesuszem, od słońca, wiatru, wody... Moje końcówki ciężko to wytrzymują i powoli je skracałam. Wyglądałyby lepiej, gdybym myła włosy codziennie, ale tego nie robię. Udaje mi się przetrzymywać je do 2 dni i nie czuję wielkiego bólu z tego powodu. Pomaga mi w tym koczek ślimak, po którym włosy są uniesione i nie wyglądają jak placek oraz szczotka z dzika, która robi robotę z sebum. Poza tym nastawienie psychiczne - na wsi mniej przejmuję się wyglądem, szczególnie dlatego, że nie ma tam ani jednego lustra postawionego w dobrym świetle.

Suche końcówki to jednak zmora, postanowiłam więc podciąć ogon, i dążyć do wyrównania włosów lub cięcia ich w U zamiast w ostre V, które okazuje się być niepraktyczne w moim przypadku. Skończyło się na tym, że musiałam ostrzej wyciąć boki i nie do końca jest tak, jak chciałam. Jest tak, jak musiało być, żebym pewnego dnia nie powycinała sobie końców w strzępy. No i zrobiłam grzywkę, co szczęśliwcy mogli już oglądać na insta. W końcu powrót do cywilizacji, choć jeszcze niepełny, trzeba było jakoś uczcić.



Z kosmetyków pierwsze skrzypce grał oczyszczający szampon Joanna Naturia z pokrzywą i zieloną herbatą, którym myję włosy na wsi, uprzednio olejując je oliwą z oliwek, którą emulguję Garnierem AiK. Po myciu najczęściej leci Kallos Placenta, nie przetłuszczający mi włosów.

Moja pielęgnacja to teraz jedno wielkie denkowanie. Udało mi się zużyć już resztki Bhringraja, oleju kokosowego, rycyniaka, kilku odżywek i szamponów, część rozeszła się do koleżanek. Przed deptającą mi po piętach przeprowadzką chciałabym się pozbyć części pudełek i buteleczek. Może to dlatego nakupiłam ostatnio ze 3 nowe odżywki. Cóż...



W weekendy w mieście folguję kudłom, olejuję, maskuję i myję je, ile dusza zapragnie - olej stosuję praktycznie przed każdym myciem. Dzięki temu - i wprawnemu cięciu kochanej Oli, a jeszcze wcześniej Marty - udaje mi się przetrwać. W łazience czekają już babuszki, których dawno nie używałam. Czy to aby poprawne politycznie?

niedziela, 27 lipca 2014

Być kobietą w męskim zawodzie

No, jak to jest? Trudno? Męcząco? Bo musisz udowadniać wszystkim, że nie jesteś lalką (albo lesbą, albo męża szukasz)? Czy raczej zabawnie przez szereg dowcipów, które słyszysz każdego dnia lub miło ze względu na tony komplementów, które słyszysz nawet, gdy jesteś atrakcyjna w nieoczywisty sposób? Nie wiem. Dopiero do takiego zawodu aspiruję. Zobaczcie, co już udało mi się od chłopów usłyszeć.

Co ja robię tu, uuu...


Dziewczyna w rolnictwie? Owszem, jest wiele instytucji unijnych...


Na wał korbowy! 5 lat studiów inżynierskich, wkuwania chemii, babrania się w ziemi, uczenia się o krowiej perystaltyce, a ty mówisz mi, że mam siedzieć za biurkiem i wypełniać podania o dotacje?! No dobra, rozumiem, niektórzy mają takie ambicje, uczą się, żeby potem zostać urzędnikiem i to według nich szczyt drabiny życiowej kariery. Nie jestem jedną z takich osób, ponadto moje doświadczenie z pracą w urzędzie nauczyło mnie, że taka robota bardzo szybko demoralizuje. Nie chcę płaszczyć sobie tyłka na krześle, psuć oczu, kręgosłupa i nadgarstków przed komputerem.* Już lepiej być blogerką i robić to w domu, na kanapie.

Hahaha, dziewczyny, a znacie tę historię o...


... o krótkich spódniczkach. Tak, znamy. Jesteś takim samym nieśmiesznym wujaszkiem-zboczuszkiem, jak ci, u których kiedyś próbowałam sobie załatwić praktykę. Już przy rozmowie telefonicznej dowiedziałam się, że mogłabym co najwyżej chwasty na ogródku powyrywać. Ale w sumie sorki, dziewczyny, też nie bardzo, bo żona się będzie denerwować. Hehe.


To za ciężka robota dla dziewczyn...


Taaak? A co powiesz o tysiącach kobiet, które na swoich barkach targają całą gospodarę, bo mąż ochlejus siedzi z kolesiami pod sklepem cały dzień? Co powiesz o tych, które do tego mają chorego dzieciaka, jedynego, który mógłby pomóc? Co powiesz o tych samotnych babeczkach, które piszą do rubryki matrymonialnej Tygodnika Rolniczego, szukając kogoś, kto pomoże im prowadzić gospodarstwo, a przy okazji wleje trochę ciepła w codzienny kierat? Zresztą, nawet w miastach jest wiele heroin, każdego dnia ogarniających takie rzeczy, że facetom się one śniły może w okopach pod Stalingradem. Wiadomo.


Głowa do góry


Tak jest wszędzie, gdzie rynek zawodowy zdominowali mężczyźni. Mój rolniczy przykład jest chyba dość ekstremalny, bo przyznacie, że bardziej zmaskulinizowany jest chyba tylko zawód księdza i robotnika drogowego. Nie zamierzam się tym przejmować. Nie wiem, co ze mną będzie, nie wiem, gdzie wyląduję, na ile dam się ponieść z prądem, a na ile sama będę tworzyć rzeczywistość. Nie wiem tego z jednego prostego powodu: dopiero będę bronić inżyniera, jakie mogę mieć więc doświadczenie? Uszy i umysł zamykam jednak na cztery spusty i nie słyszę tych zniechęcających pierdoletów. Dziewczyny, wiem, że jest Was dużo na politechnikach, na typowo męskich (szkoda, że tym samym nie zmężniałych...) kierunkach. Pamiętajcie, że nie po to Was zapraszali tam - ktoś jeszcze pamięta akcję "Dziewczyny na politechniki"? - żeby teraz Was pociskać za płeć. To od Was zależy, jak będą Was widzieć inni - niech wygra najlepszy, dla każdego starczy miejsca na odnalezienie swojej niszy. Fokus na cel i do przodu!

Macie doświadczenia w męskich zawodach? Jak sobie radzicie?


*Bo zaraz ktoś przyjdzie i napisze: Niedawno wrzucałam już tutaj post o studiach, więc profilaktycznie tylko dodam: jeśli będę musiała to robić, bo nie będę miała aktualnie szans na inną robotę, to ok. Żyć za coś trzeba. Co nie zmienia faktu, że zdezerteruję zza biurka, jeśli tylko nadarzy się okazja.

poniedziałek, 21 lipca 2014

TAG: 9 moich dziwactw kosmetycznych

Włosowelove sto lat temu zamieściła świetny post aspirujący do tagu - 9 dziwactw kosmetycznych. Postanowiłam wtedy podjąć wyzwanie, ale okazało się, że nie jest to łatwe. Jak każdy wariat, uważam, że jestem zupełnie normalna. Wielu pewnie chciałoby z tym dyskutować...

Legnica, sierpień 2013


1. Na mojej własnej półce w lodówce na ogół mam więcej kosmetyków niż jedzenia.

2. Nie jestem w stanie nałożyć na twarz kremu czy toniku z drogerii, chyba, że ma odpowiednio prosty skład. Prosty to znaczy taki, że mogłabym go sama ukręcić z półproduktów. Jedynym drogeryjnym wynalazkiem jest micel z Dermedic. Przemywanie twarzy micelem z biedry idzie mi opornie i muszę go spłukać wodą. To się zaczęło w czasie, gdy nabawiłam się trądziku. Wszystko, co do tej pory używałam do twarzy, zaczęło drażnić moją skórę.

3. Żeby naolejować włosy, zużywam ogromne ilości oleju. Nie wiem, jak niektórym z Was wystarcza łyżka. Naprawdę nie wiem.

4. W czasie sesji twarzowych robię wszystko, co mogłoby ekstremalnie przesuszyć skórę. Zaczynam od peelingu, potem maseczka z glinek na godzinkę (pryskana wodą), a następnie olej rycynowy. Dopiero po tym wszystkim nakładam maść z wit. A, która ukoi pobojowisko. I wiecie, służy mi to.

5. Maluję rzęsy jako pierwsze w całym makijażu. Papram się przy tym aż do efektu pandy, ale za cholerę nie umiem inaczej wytuszować moich rzęs, by efekt był pożądany. Następnie zmywam tusz pozostawiony dookoła oka i dopiero nakładam cienie.

6. Mam pełno jaskrawych, różowych, czerwonych i fioletowych szminek, ale rzadko ich używam. Uważam, że mam brzydkie zęby, ale i tak za każdym razem kupuję taką pomadkę. Piękne są, no. Do cery pasują.

7. Nie używam płynu do demakijażu. Makijaż zmywam mydłem, przy wieczornym myciu twarzy. Używam natomiast płynu albo micela, by zmyć ten nieszczęsną pandę po malowaniu rzęs.

8. Kiedyś uważałam, że najfajniejsze kosmetyki są w różowych opakowaniach. Serio, tak było - wszystkie moje ulubione mazidła zapakowane były w różne odcienie różu. Teraz to już nie takie proste.

9. Uwielbiam obdarowywać moje koleżanki kosmetykami, nie tylko tymi, których chcę się pozbyć. Zawsze jestem szczerze ciekawa, jak im się sprawdzi mój ulubieniec, a przy okazji werbuję nowe duszyczki do włosomaniaczego grona.

Ktoś ma podobnie? A może całkiem odwrotnie?

PS Jeśli chcecie, czujcie się otagowane :)
PS 2 U Włosowelove trwa rozdanie, do 5 sierpnia można się zgłaszać. Kliknięcie na baner przeniesie Was do krainy fajnych kosmetyków, które tylko na Was czekają :)